Seksturystyka backpackerki – faceci, alkohol i adrenalina

Cześć, mam na imię Agnieszka i byłam seksturystką.

Zainteresowani? Świetnie! Bo najciekawsze w tym tekście jest już za wami.

Teraz będę się tylko tłumaczyć, wykręcać, obiecywać, że to rzuciłam. Będę krzyczeć: przecież wszyscy tak robią! Niczym się nie różnię od innych. Przyjmę atak za obronę i powiem: Ha! Przynajmniej mam odwagę się przyznać!

Ale po kolei.

 

Czym jest seksturystyka?

Znacie termin seksturystyka? Na pewno! Z czym wam się ona kojarzy?

Ja od razu widzę piękne, rozebrane, ciemne męskie ciała spacerujące po afrykańskich plażach, a w luksusowych hotelach starsze panie sączące drinki. Jakiś czas temu w Mediolanie poznałam chłopaka, który w taki sposób się dostał do Europy. Włoszka w średnim wieku pojechała na wczasy do Tunezji i przywiozła sobie stamtąd chłopca, z którym zamieszkała na kolejne dwa lata. Każdy miał z tego jakiś zysk – ona nie była samotna, a on był utrzymankiem w Europie.

 

Polska wersja seksturystyki odbywa się zazwyczaj na Bliskim Wschodzie. I to z korzyścią tak dla polskich kobiet, jak i dla mężczyzn pracujących w hotelach i bywających w okolicach resortu (gorzej dla lokalnych kobiet – klik w ciekawy artykuł). Polki się dobrze, niezobowiązująco zabawią, zostaną zaproszone na randki 15 razy w ciągu tygodnia, 20 razy usłyszą, że mają piękne oczy i przywiozą do kraju ciekawe pikantno-romantyczne historie. A Egipcjanin czy Turek – cóż – „przeleci Europejkę”.

Oczywiście to jest wersja dla kobiet. Mężczyznom pewnie seksturystyka kojarzy się bardziej z rosnącymi ostatnio jak po deszczu night clubami. I naturalnie z Azją południowo-wschodnią (opowieści o seksturystyce w Pattayi są znane niemal każdemu). Jako że jestem kobietą, zajmę się raczej moim punktem widzenia.

Więc do czego się przyznaję? Do tego że jadę do Egiptu, żeby złowić sobie Egipcjanina i sącząc drinki nad basenem przeżyć tygodniowy romans.

Nie. O ble! Nienawidzę!!! Najgosze co może być, to przejście się po plaży i niemożność bycia samej przez piętnaście minut (klik – artykuł o wkurzającej seksturystyce).

 

Ale to nie jest jedyna seksturystyka na świecie. Jest jeszcze ta o której się nie mówi tak głośno – seksturystyka backpackerów.

 

Czym jest seksturystyka backpackerki?

Zacznę może od wyjaśnienia. Czy seksbackpackerki pakując plecak, wrzucają do niego paczkę gumek? Nie. Może jedną sztukę do portfela. Czy wybieramy się na wycieczkę, żeby przeżyć seksualną przygodę? Też nie. Ale… chociaż… tak szczerze powiedziawszy… (zmieszane oczy patrzą w wielu kierunkach jednocześnie) przez lata bardzo dużym plusem wycieczek było dla mnie poznawanie na nich facetów. 

I to się zdarzało. W Tajlandii zakochałam się szalenie w Amerykaninie. W Turcji [sic!] spędziłam kilka sympatycznych dni z tamtejszym lekarzem, u którego spałam na Couchsurfingu. Podobnie było na Sardynii. Gdzieś tam poznałam kogoś w hostelu, a jakiś rok temu sądziłam, że zamieszkam na Sycylii na stałe. Dlaczego? Dla faceta!

Nie chodzi o czysty seks. Chodzi albo o przeżycie romantycznej przygody – poznanie w drodze osoby, która tak jak ja, kochałaby podróżować i byłaby chętna zjechać ze mną pół świata (a gdzie najłatwiej takie osoby poznać, jak nie w ich naturalnym środowisku, jakim jest droga?). A jeśli nie o to, to o chęć zrobienia sobie świetnej imprezy i wyzbycia się jakichkolwiek granic. Co tu dużo mówić – seksualność zawsze z przekraczaniem granic się wiązała.

 

Hostelowe orgie

Przyjeżdżamy do hostelu. Jesteśmy zupełnie same, ewentualnie z jedną koleżanką. Wchodzimy do swojego dormitorium i tam podajemy rękę wszystkim bywalcom. Zamieniamy kilkanaście słów, zazwyczaj wyglądających tak samo:

-Where are you from?

-From Poland.

-Wow cool! [powiedziała osoba, która z niczym Polski nie kojarzy]

Potem rozmawiamy trochę o mieście w którym jesteśmy, pytamy o plan wycieczki, a w końcu dochodzi do pytania, co robimy wieczorem? Myślę, że co najmniej 80% osób śpiących w hostelu ma nadzieję poznać innych ludzi w czasie swojego pobytu w nim. Wspólne wyjście jest normą.

Zbiera się spora hostelowa grupa. Idziemy razem na kolację, piwo, shoty. Potańczyć, pokrzyczeć na ulicy, pośpiewać. Dość szybko wiadomo kto się komu podoba. Tworzą się pary, kółeczka, gdzieś ok. 1 w nocy osoby, które zostały same, wracają do hostelu.

Zapewniam was, że z każdego takiego wyjścia wraca co najmniej jedna para.

I co dalej? Kolega (poznany w hostelu) wypowiedział kiedyś na głos myśl, że hostel jest super, ale ma jedną wadę. Co zrobić, jak się wyrwie dziewczynę?

Dzięki Bogu nikt nigdy nie uprawiał przy mnie seksu we wspólnym pokoju! Ale wiem, że to się zdarza. Wiem, że pary zamykają się w toaletach, albo szybko dopłacają, by dostać prywatny pokój. Czasem zostają w pokoju wspólnym z nadzieją, że tam już nikt dziś w nocy nie wejdzie. Najczęściej pewnie kończy się po prostu na pocałunkach, macaniu i zaśnięciu we wspólnym łóżku, a ewentualny ciąg dalszy rozegra się kiedy indziej.

hostel jest super, ale ma jedną wadę. Co zrobić, jak się wyrwie dziewczynę?

Tu zaznaczam: nie mówię o tak zwanych party hostelach, które są nastawione na to, że ich klienci się upiją i które sprzedają wejściówki na imprezy. Nie mówię też o turystach imprezowych, którzy jadą do jakiegoś miasta (np. Krakowa, Amsterdamu czy Berlina) głównie po to by się zabawić w nocy. Nie. Ja mówię o tych backpackerach, którzy naprawdę chcą zwiedzić odwiedzany kraj, naprawdę są ciekawi świata i naprawdę kochają podróżować i chcą przeżywać przygody. Po prostu nie wykluczają, że jedną z tych przygód będzie płeć przeciwna. Lub ta sama – świadkiem hostelowego flirtu poznanych tego samego dnia gejów też byłam.

 

Sexsurfing

Dużo się słyszy o tym, że Couchsurfing, to już nie jest to samo, co kiedyś. Że znajdziemy setki profili mężczyzn, którzy wprost w swoim opisie mówią, że przyjmują tylko samotne dziewczyny. Albo że od chwili wejścia do mieszkania wiadomo, że tego wieczora będą uprawiać seks – ba! Wiedzą o tym dużo wcześniej, mimo że nigdy się nie widzieli.

 

To jest jeden przypadek sexsurfingu. Jednak jest też drugi, dużo ciekawszy i bardziej subtelny.

Przyjeżdżamy do takiego delikwenta, którego wybrałyśmy, bo jego profil był niesamowicie ciekawy. Od razu wiemy, że mamy wspólne zainteresowania. Okazuje się, że miałyśmy rację! Zaczynamy spotkanie od spaceru po mieście. Przez trzy godziny rozmawiamy jak starzy znajomi. Jemy kolację, idziemy na drinka. Wracamy do mieszkania, w którym jeszcze przez pięć godzin prowadzimy żarliwą dyskusję.

 Po dwóch dniach na Couchsurfingu wiemy o sobie więcej niż po miesiącu randkowania z kimś na gruncie domowym.

Wszystko wygląda jak randka. I to nie jak randka dwugodzinna gdzieś tam w restauracji w mieście. Nie! Ta randka trwa dwa dni. Jemy razem śniadanie, zwiedzamy muzeum, jedziemy na wycieczkę w góry. Pijemy wino, zajadamy się owocami morza. Romantyczność sięga zenitu. Po dwóch dniach wiemy o sobie więcej niż po miesiącu randkowania z kimś na gruncie domowym.

W jakiś tam sposób się zakochujemy. Wpadamy w tę cudowną atmosferę. Pozwalamy sobie iść na całość – jak nie pierwszego dnia, to drugiego lub trzeciego. Potem jeszcze ze sobą przez miesiąc mailujemy i kontakt się urywa. Choć nie zawsze – znam pary couchsurferów, które się pobrały.

Couchsurfing jest portalem randkowym – tak. I jeśli wnikliwie czytacie opisy profili, to jest portalem randkowym bardzo dobrym.

 

Podróże damsko-męskie

Jeszcze jedną kategorię seksturystyki backpackerki chciałabym tu opisać. Choć wiem, że tematu nie wyczerpię i można by dodawać (np. Erasmusa). Zajmę się jednak podróżami postpodróżowymi.

cieszymy się szalenie, że zobaczymy faceta i być może nawet bardziej, że zobaczymy nowe rejony świata. 

Poznałyśmy tego faceta w hostelu, na szlaku, na imprezie czy w pociągu. Świetnie spędziłyśmy z nim czas. I nam to nie wystarczyło. Po babsku chcemy więcej, jesteśmy trochę zakochane, a jak nie zakochane, to chociaż chcące utrzymywać ten romans.

Jednocześnie ciągle kochamy poznawać nowe miejsca.

I tu pojawia się propozycja odwiedzin. Facet chce do nas przyjechać, my chcemy przyjechać do faceta. Kupujemy bilet, zbieramy na podróż, kartkujemy Lonely Planet – jedziemy. Mamy na miejscu już bazę, cieszymy się szalenie, że zobaczymy faceta i być może nawet bardziej, że zobaczymy nowe rejony świata. Ja tak trafiłam np. do Portland w Oregonie. Wyobrażam sobie, że wiele osób posiada kochanków jednocześnie w kilku krajach Europy i odwiedza ich raz na pół roku – z pragmatycznego punktu widzenia, układ doskonały.

 

Adrenalina jak na wojnie

Pomyślałam o wszystkich moich związkach i pseudozwiązkach na przestrzeni ostatnich pięciu lat, czyli od chwili gdy zaczęłam samodzielnie jeździć. Więcej ich było poza Polską niż w Polsce. W Polsce przez kilka miesięcy potrafiłam wieść życie pozbawione męskiego towarzystwa, a po tygodniu w drodze randkowałam. Dlaczego?

Widzieliście Miasto 44? Beznadziejny film! Ale jednak skłonił mnie do tego, żeby pomiędzy ziewnięciem i wybuchnięciem śmiechem powiedzieć mojemu chłopakowi (bo moja seksturystyka należy do przeszłości, gdyż jestem w związku), że „na wojnie chyba łatwo się zakochać”.

W Mieście 44 każdy bohater bierze ślub, jest zakochany i ma romanse. I to jest dla mnie oczywiste!

Adrenalina, niepokój, skaczące hormony. Podniecenie spowodowane mocnymi wydarzeniami, potrzeba czułości i bezpieczeństwa.

To wszystko działa w podróży! Wyobraźcie sobie. Idziecie po górach. Otaczają was olśniewające widoki. Spotykacie zwierzęta, które przebiegają wam przed nogami, spełniacie swoje największe marzenia, bo oto przed wami Wielki Kanion/Kilimandżaro/(wybierz swoje marzenie).

Przecież w takich warunkach trudno się nie zakochać!

Czujecie to? Czujecie tę ekstazę? To podniecenie, które nie jest podnieceniem seksualnym, ale tak naprawdę… blisko im do siebie. Przecież w takich warunkach trudno się nie zakochać!

To zakochanie czasem trwa miesiącami, jako marzenie o kolejnych wspólnych przygodach, a czasem mija jeszcze w tym samym tygodniu. Ale działa. Działa i daje znakomitą bazę do życia seksualnego w podróży.

 

Reasumując (uff napisałam najdłuższą notkę na blogu).

Seksturystyka backpackerki to nie jest wyjeżdżanie w podróż i pakowanie 10 zestawów seksownej bielizny, dwóch paczek prezerwatyw i uderzanie do wielkich imprezowych miast. Ale jest to zabranie ze sobą jednego zestawu sexy bielizny, jednej kiecki na wyjście, jednej prezerwatywy, miniaturki perfum. Bo coś wydarzyć się może. I jak się wydarzy, to będzie pięknie. Mamy wielką nadzieję, że się wydarzy. Bo podróż to przekraczanie granic. Na wielu poziomach.

Czy tęsknię za moją seksturystyką? Była przyjemnością, niewątpliwie. Nie wyrosłam z niej i wydaje mi się, że gdyby coś mi się w moim związku nie udało, to pewnie bym do niej wróciła. Ale jednak nie jestem na tyle uzależniona, żeby mówić „na innym kontynencie się nie liczy”. Choć teraz, gdy nie ma na nią miejsca, wolę podróżować z kimś, a nie sama. Najchętniej z chłopakiem. I chyba nie mogłabym wyjechać na dłużej niż na dwa miesiące bez jego towarzystwa. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie poczuć się zbyt samotnie.

A, nie odpowiedziałam czy tęsknię ;). Tęskniłam jeszcze pół roku temu. Ale mi przeszło. Gdyby nie przeszło, nie przeczytalibyście o tym. 🙂 

P.S. Zastanawiałam się, jakie zdjęcia tu wrzucić. Ale stwierdziłam, że już i tak ten post jest zbyt osobisty i pokazanie wam hostelowych i couchsurfingowych wieczorów, byłoby już ekshibicjonistyczne. Tak więc przepraszam, post pozostanie bez zdjęć. Zdjęcie w nagłówku pochodzi z flick.com. Jego autorką jest Jo Christian Oterhals i zostało udostępnione na zasadach CC.

Podobał Ci się ten tekst? Dołącz do fanów bloga na Facebooku. Inspirujemy się do wyjazdów, dyskutujemy o świecie, robimy konkursy i radzimy sobie nawzajem. Fajnie jest 🙂

Blogerka podróżnicza. Autorka dwóch przewodników turystycznych: po Berlinie i zachodniej Sycylii. Podróżuję od 10 lat, piszę od dziecka. Dla swoich czytelników projektuję wycieczki po Włoszech. Na pustyni czuję się jak ryba w wodzie. Od 2017 roku w podróży z małą Korą

35 przemyślenia na temat “Seksturystyka backpackerki – faceci, alkohol i adrenalina”

  1. ~Ewa napisał(a):

    Chyba podróżowanie zawsze w towarzystwie sprawiło, że na własnej skórze aż tak tego zjawiska nie odczułam. Ostatnia samotna podróż do Gruzji też „nie dała szans na przygody” bo na szlaku same pary spotykałam 🙂 Natomiast nie uważam tego wszystkiego za coś złego. Jesteśmy dorośli i póki nie robimy innym krzywdy (np. zdrada, zmuszanie do seksu) to nikomu nic do tego.

  2. ~Marcin Wesołowski napisał(a):

    Aga, świetny tekst! Zaczytałem się, przyznam szczerze! Lubię ludzi, których stać na otwarte opowiadania o tym, co dla większości Polaków, stanowi pewne tabu! Wyjazdy zdecydowanie muszą sprzyjać chemii między ludźmi, to zupełnie normalne. Ja podróżuję z żoną, więc wypowiadać się nie będę, bo doświadczenia w tej materii nie mam 😉 ale zdecydowanie temat jest interesujący, i gorący! 🙂

  3. Dobrze gada, polać jej! Brawo Aga za poruszenie tabu, bo zgadzam się z Marcinem, że dla wielu taki seks niekoniecznie zmierzający do finiszu (a raczej początku pożycia ) na ślubnym kobiercu to absolutny no-go. Szczególnie dla dziewczyn. Sama mam w pracy kolezanki, singielki, które poszukują, ale jak same mówią ,nie na wyjazadch’. Dlaczego pytam? W końcu nigdy nie wiesz, kiedy akurat ta właściwa połowka pomarańczy wyląduje u Twoich stóp 😉 Życie jest zbyt krótkie, zeby nie poszerzać horyzontów. I chociaż ja też nie mam dośiadczenia w tej materii, bo podrózuję zawsze z Michalem (i tak lubię najbardziej) to rozpowszechniam Twój tekst wśród moich mało odważnych singielek 🙂

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      Dzięki,
      Ale wiesz – z tym poszukiwaniem na wyjeździe, to też nie do końca. Potem będzie tęsknota, niepewność, marzenia o kolejnym spotkaniu i niewytrzymanie próby odległości. Oczywiście nie zawsze, ale to częsty scenariusz.

  4. ~natalia napisał(a):

    Parafrazując to, co napisałaś- przebywanie z dala od bezpiecznego domu, samej (czy nawet niech już będzie z tą jedną kumpelką) sprzyja nawiązywaniu relacji z innymi osobami, od zwykłej znajomości, przez romansowanie, aż po seks. Nie widzę w tym nic złego, co więcej uważam, że to naturalne zachowanie człowieka- w końcu większość ludzi dąży do bycia w związkach, niezależnie od miejsca, w którym się znajduje, czy od lat przebywa w tym samym mieście, czy też jest w krótszej czy dłuższej podróży. Jeśli ktoś się czuje dobrze w takiej sytuacji i tak samo czuje się druga osoba w tej relacji- to nic tylko życzyć wspaniałego, niezapomnianego czasu!

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      O, fajnie że podjęłaś kwestię bezpieczeństwa, bo tego chyba nie zaznaczyłam w tym tekście tak jak należy – tak z jednej strony jest ekscytacja wyjazdem, która przenosi się na ekscytację ludźmi. A z drugiej strony jest samotność i pewien strach i także podświadome szukanie ramienia.Tu działają obie sytuacje i to często na raz

  5. ~balkanyrudej napisał(a):

    No cóż Couchsurfing pod pewnymi kątami właśnie stał się portalem randkowy i tylko część ludzi na to narzeka.Dla reszty jest to całkiem wygodne.Sama przez Couchsurfing zaliczyłam swoje dwie romantyczne przygody,jedną z łóżkowym finałem,drugą bez, a część moich koleżanek może pochwalić się większą ilością couchsurfingowych podbojów.Prawda jednak jest taka,że największe zainteresowanie miałam u facetów,gdy samotnie chodziłam po polskich górach.Z tego czasu wyniosła multum znajomości,z których część przetrwała,a część umarła po wyjściu ze schroniskowego łóżka.Generalnie uważam,że warto o tym mówić i nie traktować kobiecych doświadczeń seksualnych w kontekście puszczanie się i rozwiazlosci.

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      Dzięki za ten komentarz!

      To jest może dobre miejsce, żeby dodać do tekstu – Couchsurfing jest portalem randkowym, ale nie tylko nim! To jest ciągle super narzędzie, dzięki któremu przenocujemy, jak nas na to nie stać, znajdziemy przyjaciół, wymienimy się doświadczeniami multikulturalnymi, znajdziemy przewodnika po mieście. Ciągle nocuje się nie tylko u samotnej osoby płci przeciwnej. Zapraszają do siebie pary, rodziny z dziećmi, komuny hipisów. I zapraszają do siebie na przenocowanie inne pary, mamy z dziećmi itp. To jest ciągle możliwe i to działa. Tylko trzeba poszukać odpowiedniego hosta nie przez 5 minut, ale przez godzinę lub dwie.

      1. ~balkanyrudej napisał(a):

        Ja przez Cs nocowałam właśnie u rodziny z dziećmi,u samotnie mieszkających dziewczyn,które nie bały się przenocować trzech Polek lub polskiej pary.Ja dawno już z CSa nie korzystałam,ale coraz częściej spotykam się z opiniami,że znalezienie hosta bez zobowiązań nie jest takie proste,w szczególności we Włoszech jest podobno już tak,że faceci ogłaszający się w tym serwisie jasno komunikują kogo i jakiej płci chcą u siebie widzieć.

  6. ~Monika napisał(a):

    Bardzo ciekawy artykuł. Szczery. Bezpretensjonalny.
    Jeśli chodzi o couchsurfing, to jak najbardziej się zgadzam. Odczuliśmy to z moim mężem, szukając noclegu dla nas obojga. Nie szukaliśmy przez kilka minut, nie kilka godzin, ale kilka dni. W końcu się jednak udało, ale mam świadomość, że gdybym to ja szukała kanapy, miałabym większe szanse:).

  7. ~balkanyrudej napisał(a):

    Ps.oczywiście chodziło mi o trzy Polki a nie półki,jak możesz to poprawić bedzie super,bo słownik w telefonie często wie lepiej 😉

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      Poprawiłam – przy okazji pierwszy raz zauważyłam, że mogę modyfikować treść komentarzy – straszne to jest, można kogoś nieźle wrobić.

  8. ~Michał Szymański napisał(a):

    Powiem szczerze czytało się to jak wynurzenia niedojrzałej nastolatki..jak dla mnie żałosne.

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      A wyjaśnisz dlaczego? Bo na razie nie dałeś mi pola do dyskusji. Może uda nam się siebie zrozumieć.

    2. ~Danuta napisał(a):

      A wedlug mnie tekst w bardzo dojrzaly sposob podchodzi do tematu, ktory jest pewnym tabu w kregach podroznikow. Bo niby sie zdarza, ale ludzie boja sie do tego przyznac;) Bardzo fajny artykul!

  9. ~Karolina napisał(a):

    Już się rozpisałam na ten temat na fejsie, ale napiszę jeszcze tu: Bardzo fajny artykuł! 😀

  10. ~Travelling Milady napisał(a):

    Odważny tekst, jak na polską rzeczywistość:) Brawo. Ja lubię czasami wyjść poza nawias, a temat seksu działa na ludzi jak magnes. Powiem szczerze, że jestem w plecy z tematem, zapewne przez to, że od ponad dekady jestem w stałym związku( ale nie mam 60lat:). Żyję w jakimś abstrakcyjnym świecie. Jednak od zawsze jestem zdania, że wszystko jest dla ludzi. Jeżeli nie kaleczymy emocjonalnie siebie, ani innych z naciskiem na innych to nie ma w tym nic nie na miejscu. Dorosły człowiek zna swoje granice, wie do czego jest się w stanie posunąć i ma wolną wolę, aby to czynić. Dla mnie normalka, choć nigdy nie próbowałam, a te opowieści brzmią jak z harlequina:)

  11. ~Magda napisał(a):

    Tekst czyta się jednym tchem. Zgadzam się, że nie ma (wiele?) takich otwartych wyznań w polskim internecie, a szczególnie wyznań kobiet. To bardzo osobiste i ważne wyznanie, ale i zwyczajnie prawdziwie oddające rzeczywistość, której sprzyja couchsurfing. Reszta to już nasz wybór.

    1. ~Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      A wiesz, że mi się wydaje, że nie jest bardzo osobisty. Nie opowiadam wam tu o liczbach, o konkretnych przygodach, o rankingach mężczyzn. Czytałam ten tekst z 10 razy, zanim opublikowałam i starałam się ważyć każde słowo. Czy jeszcze jest miejsce na uchylenie czegoś, czy może gdzieś powiedziałam za dużo.

  12. ~Magda napisał(a):

    Bardzo dobry i ciekawy artykuł. I odważny. Ale to już wszyscy tu napisali i podpisuję się pod tym obiema rękami.
    Ale jeszcze o jednym chciałam powiedzieć w tym kontekście. Osobiście uważam, że samotne podróże weryfikują także te związki, w których akurat jesteśmy. Po tym jak wróciłam z 3-miesięcznego Work&Travel ze Stanów rozpadł się mój kilkuletni związek. Ale już wyjeżdżając umówiłam się sama ze sobą, że jak wrócę i będę wiedziała, że to nie to, to koniec. No i tak właśnie było. 3 lata później pojechałam znowu na 3 miesiące, tym razem na Erasmusa zostawiając ówczesnego faceta w kraju. Tym razem było zupełnie inaczej i tęskniłam jak szalona. I zaraz po powrocie się zaręczyliśmy 😉 I teraz ciągam go ze sobą po świecie, już jako męża 😉
    A w podróży dużo łatwiej się zakochać, bo dochodzi jeszcze „limit czasowy” na te znajomości. Decyzje trzeba podejmować szybciej, a emocje też są wtedy większe.

    1. ~Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      Fajna uwaga o limicie czasowym.
      A co do testu związku – nie wiem czy zawsze. W końcu czasem można zrobić głupotę. W czasie przypływu romantyczności może nam się wydawać, że poznałyśmy mężczyznę życia, gdzieś tam na Pacyfiku i że on jest tak super lepszy od naszego faceta. A w rzeczywistości tak nie jest i tylko ten Pacyfik tak nam uderzył do głowy. I bam – albo zdradzamy, albo zrywamy, a potem żałujemy. Ludzie popełniają błędy.

  13. ~worldering around napisał(a):

    Hej!
    Odważny artykuł i dobrze się czyta. Chociaż co do couchsurfingu to ja z kolei nie do końca bym się zgodziła. Oczywiście, dużo jest ludzi którzy szukają w csie możliwości poznania kogoś w celach „randkowych”, ale nazywanie couchsurfingu „portalem randkowym” to chyba zbyt dużo. Zwłaszcza, że cała idea jest zupełnie inna, a to że niektórzy zaczęli sprawy traktować tak a nie inaczej, to nie znaczy że cała społeczność taka jest. I w sumie, przez to całe związywanie csa ze związkami damsko męskimi czasami podróżowanie i spotykanie ludzi w taki sposób staje się uciążliwe – bo co jeśli host ma nadzieję na coś więcej a gość zupełnie nie? Niesmak murowany.
    Pozdrawiam,
    Aga

    1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      Tak, tak – już gdzieś dodałam w komentarzu, że CS to portal randkowy, ale nie tylko randkowy. Ciągle wspaniale służy w innych przypadkach.

  14. Super tekst, jako samotna podrozniczka (byla) doskonale rozumiem co masz na mysli. W podrozy poznaje sie mnostwo ludzi, trudni nie trafic na kogos z kims znajdzie sie wspolny jezyk, dodaj do tego pociag fizyczny i reszta dopisze sie sama 😉 Znam pary, ktore pozostaly juz ze soba i zyja ‚dlugo i szczesliwie’.

  15. W końcu udało mi się znaleźć chwilę i przeczytać ten tekst 🙂 Świetnie, że poruszyłaś ten temat! Bez sensacji, bez wyciągania pikantnych szczególików i oceniania. W podróży ludzie poznają innych ludzi. Dorośli ludzie czasem ze sobą sypiają, wchodzą w romanse i dłuższe związki. Czasem się zakochują, a czasem ich drogi się rozchodzą. No straszne po prostu 🙂
    Tylko czemu [sic!], że Turcja, hę? 😉 Miejsce do zakochania się dobre jak każde inne. Dla mnie nawet bardzo dobre 🙂

    A ja sama wypisałam się z CSa właśnie przez ciągłe, nieudolne próby podrywu, nawet z zaznaczeniem, że mogę przyjąć gościa jako para i w parze podróżuję. Tak trochę poza tematem – pamiętam, jak w Turcji zabito amerykańską turystkę i wszystkie wiadomości rozwodziły się, że wcześniej ta dziewczyna pisała wiadomości do obcych ludzi z prośbą o nocleg – tak, jakby sama prosiła się o kłopoty i nagabywała mężczyzn w Internecie. Później zorientowałam się, że to „pisanie do obcych ludzi” to właśnie CS. Warto pamiętać, korzystając z jakiegokolwiek portalu jak CS, że nie wszędzie jest on postrzegany tak „niewinnie” – i tak, policjant może np. nie przyjąć zgłoszenia o gwałcie, jeśli wydarzył się w domu hosta. Generalnie nawiązując znajomości damsko-męskie warto jak najczęściej ściągać różowe okulary i pamiętać o bezpieczeństwie, a w podróży szczególnie.

    1. ~Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

      [sic!] że Turcja, bo wcześniej napisałam, że Polki jeżdżą do tureckich resortów na seksturystykę 😉
      Też słyszałam o tej Amerykance, ale nie znałam kontekstu. Kurcze, straszne to co mówisz, że nie gwałt bo w domu tej osoby :/ No ale cóż… w Arabii Saudyjskiej jak Holenderka została zgwałcona i poszła na policję, to ja zamknęli za nierząd.

      Ja jednak do couchsurfingu podchodzę bardzo uważnie – musi być tyle a tyle opinii o osobie, musi być dobrze wypełniony profil, muszę go jakoś tam polubić. No i w komentarzach często da się wychwycić czy coś seksualnego było. Dziewczyny dają co prawda pozytyw, ale coś można pomiędzy wersami wyczytać.

  16. ~Shin napisał(a):

    Ja od 5 lat jestem w związku i od 5 lat intensywnie podróżuję. Erasmusy, Couchsurfing, różne wyjazdy i staże. I nigdy nie uprawiałam seksturystyki, także w wersji backpackerskiej 😉 Ale gdybym była wolna, to na pewno by do tego doszło, bo nie raz na swojej drodze spotkałam sympatycznych chłopaków 😉
    Skoro już wszyscy tak piją do tego CS, to i ja wtrącę swoje trzy grosze. Mnie osobiście smuci to otwarte przyznanie, że CS to często portal randkowy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to tak powszechne. Ja przez CS szukam świetnych znajomości, ciekawych ludzi i wkurzające jest to, że teraz nie mogę pisać Requestów do facetów, bo im nie ufam. Jak ktoś wyżej wspomniał – host może czegoś oczekiwać, couchsurfer niekoniecznie, niesmak zostaje. Miałam taką sytuację. To chyba najgorsze, co się może przytrafić. Teraz głównie piszę do dziewczyn, hostuję też najczęściej dziewczyny lub pary, raz zdarzyło mi się przenocować chłopaka, który wyglądał na kolesia zajebiście w porządku (i taki był). Uwielbiam Couchsurfing i naprawdę jest dla mnie czymś niesamowitym. Mam nadzieję, że taki zostanie 😉

    A notka fajna! Fajna!

  17. ~Killerka napisał(a):

    Świetny tekst, muszę go podrzucić moim smotnym koleżankom, może na wyjeździe kogoś znajdą, tu im ciężko idzie, ale wyjazdy sprzyjają jak piszesz romansom, a każdy romans moze ise przerodzić w coś głębszego 😉

  18. ~kami napisał(a):

    no, w końcu ktoś miał jaja żeby napisać jak to wszystko naprawdę wygląda! bo nie oszukujmy się, każdy chociaż raz miał jakieś podobne przygody w podróży, ale mało kto potrafi się do tego głośno przyznać! brawo Aga!

    1. ~Łukasz napisał(a):

      Kto miał, ten miał.

      Aga, może to osobiste pytanie, ale: jeśli jesteś w związku, powiedz co może czuć lub czuje Twój partner czytający takie słowa? Każdy z nas ma swoją historię i wchodząc w związek zazwyczaj dzielimy się z drugą osobą tym, co się z nami działo. Czym innym jest jednak osobista rozmowa, a czym innym opisanie tego. Czy rozmawiałaś z nim o rzeczach, które opisujesz wyżej? I jak Twoja druga połowa czuje się z tym, że udostępniasz te wspomnienia publicznie?

      1. Agnieszka Ptaszyńska napisał(a):

        Wiesz, każdy związek jest też specyficzny.
        Jasne, Piotr wiedział o wszystkim. Wiedział znacznie, znacznie więcej niż tu napisałam (tekst był jednak bardzo cenzurowany). I nie tylko „opowiadałam mu po fakcie” – znamy się od lat, byliśmy przyjaciółmi i on o wszystkim słyszał, że tak powiem, „na żywo”. Zresztą sam ma podobne doświadczenia.

        To co Piotrowi się w tym tekście nie podoba, to to co pomyślą o mnie ludzie, którzy mnie nie znają na żywo i będą odbierać tylko przez pryzmat tego tekstu. Reszta jest ok.

        Dłuższa odpowiedź chyba wymaga osobistej rozmowy 🙂 Liczę, że wkrótce będziemy mieli okazję.

  19. ~Gabi napisał(a):

    Bardzo ciekawe spostrzezenia! Rzadko sie spotyka tak otwarte podejscie 🙂 Mi sie tylko raz zdarzylo, ze podczas samotnej podrozy moj host z CS chcial czegos wiecej za nocleg, ale krotka odmowa usadzila go na miejscu. Choc potem referencji mi nie wystawil ani na wiadomosc nie odpisal, wiec moze sie obrazil :P. A moja erasmusowa ”przygoda” jest juz ponad czteroletnim zwiazkiem, wiec w sumie – nigdy nic nie wiadomo 😉

  20. ~tom napisał(a):

    Hmmm… Przeczytałem nieco początek, potem komentarze, co skłoniło mnie do przeczytania całości. Nie rozumiem tych ochów i achów w komentarzach. Ogólnie słabo proszę Pani. Wyczuwam powierzchowność i to sporą. Nie mi to jednak oceniać, wybór wolnego człowieka co robi, jak, gdzie i z kim. Temat stary jak najstarszy zawód świata, czyli motorniczy 😉

    A moje zdanie, choć pewnie zostanę zakrzyczany zaraz przez stado… bywałem / bywam tu i tam. W rożnym towarzystwie, w rożnych sytuacjach, a jedno z ciekawszych było na tygodniowym rejsie: 11 osób, w tym dwie dziewczyny. 7 dni na morzu. Zimno, szaro, sztorm. Śniadania zakrapiane burbonem, a na obiad piwo na przystawkę… po paru godzinach konstelacja była widoczna. A jaśniej: kto na kogo ma ochotę. No i zaloty na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Trochę żenujące, a może więcej niż trochę. Czułem się jak w przedszkolu. Wróciłem do domu, przynajmniej bez kaca (moralnego). Fajny tydzień, przygoda, ale poczucie z jak miałkim towarzystwem miałem do czynienia odechciewa mi się wybierać po raz kolejny w taki rejs. Żeglarze, którzy uaktywnili swoje oblicza. Miałem nadzieję na poznanie ludzi z pasją [!], a de facto kokieteryjne zachowania panienek vs. gimnazjalne podchody chłopaków, niektórych żonatych… Jako osoba, która coś już w życiu przeżyła,choć nadal (pewnie) mało, powiem krótko w dwóch słowach: kompletny syf.

    Dziękuję za uwagę i za hejt, który mnie czeka.

    1. ~keeeper napisał(a):

      A wcale, że nie hejt.

      Podróżuję już dobre 4 lata, praktycznie cała Europa i kawałki Azji, ponad 40 wizyt na CS i dopiero teraz dowiaduję się, że to portal randkowy. Albo naiwniak ze mnie jakich mało i nie wiem w jakim świecie żyję, albo wszystko zależy od nastawienia backpackera i celu dla którego się gdzieś wybiera. Dość powiedzieć, że notkę czytałem z oczami jak pięciozłotówki i ustami wymawiającymi nieme „co do chol..?”.

      Po przeczytaniu tekstu od razu nasuwa mi się na myśl dowcip czym się różni pojęcie przygody dla mężczyzny i kobiety, przytoczyłbym ale jakoś kultura osobista nie pozwala..

  21. ~Mari napisał(a):

    Dlaczego ludzi to dziwi? Dorośli przecież uprawiają seks. Osobie spędzającej 12h w pracy zdarzy się on najprawdopodobniej z kolegą z biura, osobie często imprezującej z kimś z imprezy, a dużo podróżującej z kimś w podróży.
    Co do poruszanego w którymś komentarzu bezpieczeństwa – współpasażerka, młoda dziewczyna w autokarze powiedziała mi „pamiętaj tylko, że w Europie jak ci się coś stanie, policja i wszyscy się tobą zajmą i będą współczuć itd, w moim kraju zapytają – a co ona robiła tam sama?”. Przyznam, że takich „różnic kulturowych” w wykonaniu służb mundurowych w tym akurat kraju nie spodziewałam się. Niniejszym puszczam info w obieg 🙂
    A poza tym… znam kilka podróżniczych przygód, które skończyły się małżeństwem. Nigdy nie wiadomo, Amor jest wielce dowcipny i kreatywny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *