Zależna w podróży – blog podróżniczy z sensem

Flashpacking, albo „czy kiedykolwiek w ogóle byłeś backpackerem?”


Znowu przychodzi ten dzień, że trzeba się pakować. Zaczynamy: netbook, aparat, czytnik książek. Smartfon do plecaka podręcznego. Ładowarka do komputera, ładowarka do baterii w aparacie, ładowarka do smartfona i kabelek usb do aparatu i czytnika. Do tego jeszcze powerbank, pendrive, obiektyw, zapasowa bateria do aparatu, filtry i z trzy karty pamięci. Uff! Najważniejsze już spakowane. Teraz czas na dopchanie plecaka ciuchami.

Brzmi znajomo? Czy dla was najważniejszymi rzeczami do zabrania w podróż jest komputer i aparat? Telefon jest taką oczywistością, że nawet nie warto o niej wspominać. Wrzucacie to wszystko do plecaka, po to by za 10 godzin spytać w waszym hostelu o hasło do wifi? Gratulacje! Prawdopodobnie jesteście flashpackerami.

 

Co to jest flashpacking?

Pierwszy raz spotkałam się ze słowem flashpacking kilka miesięcy temu. Flashpacker to słowo, które pochodzi od znanego terminu „backpacker”, po polsku często tłumaczonego na znienawidzone przeze mnie „plecakowiec”. Backpacking miał się narodzić w latach sześćdziesiątych wraz z nastaniem ery hipisów. Młodzi opuścili amerykańskie przedmieścia, założyli plecaki i poszli w świat. Po drodze mieszkali w namiotach, w komunach, u „dobrych ludzi”. Poruszali się autostopem, jadali wspólnie przy ognisku, często zarabiali po drodze na chleb czy sami szukali pożywienia w lesie. Jednym z głównych celów było odcięcie się od świata wygód i ruszenie w stronę nieznanego.

Taki obraz backpackera plus minus utrzymywał się do końca XX wieku. Oczywiście ewoluował. Powstała cała kultura backpackerska, a wraz z nią tanie noclegownie – schroniska młodzieżowe, z biegiem czasu przekształcane na hostele. Powstał kanon miejsc backpackerskich z Tajlandią, Indiami i Ameryką Środkową na czele. Backpackerzy coraz częściej nie wyjeżdżali na kilka lat, ale na kilka miesięcy czy nawet tygodni. Wsiadali do samolotów, a na miejscu korzystali ze zorganizowanych autobusów czy dobrze opisanego przez Lonely Planet (biblię backpackingu!) transportu publicznego. Nadal jednak na wyjazdach skupiali się w grupy, pili lokalny alkohol i korzystali z uroku niegroźnej seksturystyki. I przede wszystkim – liczyli każdy grosz.

Rewolucja nastąpiła w XXI wieku, w momencie gdy każdy podróżujący rekreacyjnie obywatel świata wszedł w posiadanie komórki. Okazała się być świetnym narzędziem, by informować rodziców i przyjaciół gdzie jesteśmy i co robimy. Szybko dołączył do niej laptop, z czasem pomniejszony do rozmiarów netbooka czy tableta. Zwykły telefon komórkowy został zastąpiony przez naładowanego aplikacjami podróżniczymi smartfona. Tak narodził się flashpacking.

Definicje mówią, że każdy flashpacker był kiedyś backpackerem i nigdy się nie odciął od swoich korzeni. Wręcz przeciwnie – stale kultywuje backpackerskie tradycje przez wielotygodniowe niezależne podróżowanie do egzotycznych miejsc, skupianie się w grupy sobie podobnych i kosztowanie lokalnej kultury.

Różnice są przede wszystkim dwie – flashpackerzy są trochę starsi niż backpackerzy. Mają pewnie już z 25 do 35 lat i stały dochód wynikający z pracy przy komputerze, zazwyczaj jako freelancer. To im pozwala sporo podróżować, zawsze jednak z komputerem przy boku. W hostelach może i zdecydują się na spanie w wieloosobowym pokoju, ale zwrócą uwagę czy jest w nim łazienka, wifi i ile gniazdek elektrycznych będą mieli do dyspozycji. A! I dobrze, jeśli w hostelu będzie bar, w którym można by wypić kawę. Albo chociaż by był na ulicy obok. Odrobina luksusu koniecznie musi być.

Plecak flashpackerki

Podobno jednym z wyznacznikiem flashpackerów jest też to, że zamienia plecak na walizkę na kółkach. Nie jestem tego pewna – sama nie przepadam za walizkami. Irytuje mnie chodzenie z nimi po schodach, ciągnięcie za sobą, gdy biegnę na tramwaj czy w ogóle – zajęcie jednej ręki. Plecak oczywiście też ma swoje wady – przede wszystkim tę, że nie da się w nim mieć porządku. Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się, co w tym plecaku można znaleźć.

Czy mój plecak jest plecakiem flashpackerki? Zastanówmy się. Zazwyczaj biorę w podróż netbooka, w wyjątkowych sytuacjach tablet. Czytnik obowiązkowo. I oczywiście lustrzankę z dwoma bateriami, ładowarką i dodatkową kartą pamięci. Temu zestawowi towarzyszy pęk kabli.

Kiedy już to upcham wychodzi zazwyczaj z 7 kg, czyli grubo ponad połowa tego, co mogę wnieść na pokład samolotu (zazwyczaj podróżuję tylko z bagażem podręcznym, który ma limit 10 kg). Dopycham go na szybko garścią ubrań i kosmetyków, dodaję jeszcze jedną książkę, którą zostawię gdzieś po drodze, wrzucam klapki i ręcznik i jestem gotowa.

Dlaczego? Dlaczego godzę się na to, by cenne miejsce i paskudne kilogramy zajmował sprzęt, który nijak się ma do odkrywania nieznanego świata i więzi mnie wokół mniejszych i większych monitorów?

Z bardzo prostego powodu – pozwala mi podróżować tyle, ile chcę. Pisałam wam niedawno, że w drodze udaje mi się spędzać ponad 100 dni w roku. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie praca w wyżej wymienionych hostelach i kawiarniach. Pracuję nad blogiem, pracuję jako pisarka, pracuję w końcu nad rozwojem swojej firmy. A pracować mogę wszędzie. Byle tylko wydajnie.

 

Wirtualny świat flashpackera – czyli online znaczy lżej

To jest jeden powód. Powodem numer dwa jest wiedza i wygoda, jaką mi daje bycie online. Po pierwsze – wirtualną przestrzeń. Namiętnie korzystam z tak zwanych chmur – wirtualnego dysku, który pozwala mi mieć wszystkie istotne pliki przy sobie. W moim przypadku jest to Onet Dysk w Play, który jest dużo tańszy od swoich znanych zagranicznych odpowiedników. W domu korzystam z większego laptopa, w podróż biorę mniejszy netbook lub zupełnie już miniaturowy tablet, a czasem tylko smartfon. Z powodu pracy zależy mi jednak, by mieć wszystkie dane przy sobie. I w drugą stronę! Robię w czasie wyjazdu kilka tysięcy zdjęć i ostatnie, czego sobie życzę to ich utrata. Komputer może być nawet ukradziony, może zatonąć, może spaść na ziemię – trudno, to w końcu stary grat. Ale absolutnie nie chcę stracić zdjęć czy pisanych tekstów. Dlatego właśnie codziennie wieczorem je wrzucam w wirtualną przestrzeń.

 

No i po drugie – aplikacje! Znakomite, niezawodne, będące przyjacielem każdego podróżnika – aplikacje. Oczywiście na niewiele nam się one przydadzą, gdy zdobywamy dżungle i idziemy na trekking w Himalaje. Ale powiedzmy sobie szczerze – 95% czasu gdy jestem w podróży, to tego nie robię.

Flashpacker, dzięki swojemu naładowanemu aplikacjami smartfonem, wie dużo więcej, niż osoba, która posługuje się przewodnikiem papierowym czy wręcz go nie ma. Błyskawicznie znajdzie najlepszy hostel przez jeden z dziesiątek rezerwacyjnych portali. Chcąc tanio i dobrze zjeść zajrzy do Foursquara lub Yelpa. Spotka się z miejscowym, którego poznał przez Couchsurfing, a jeśli go spytasz, to poda Ci każdy możliwy przejazd do waszej kolejnej miejscowości – od pociągów i samolotów, aż po przejazdy łączone. Więcej o aplikacjach w podróży przeczytacie tutaj.

 

A czy ty też masz bloga podróżniczego?

I wreszcie – flashpacker nie tylko bierze. On zostawia. Nieodłączny komputer, aparat, smartfon z jak najlepszym aparatem i tona aplikacji pozwala mu nie tylko konsumować, ale dawać coś od siebie. Każdy nocleg zostanie przez niego skomentowany w Tripadvisorze. Każda kolacja oznaczona w Foursquarze. Szczególnie istotne jest to, by wystawiać recenzje w portalach skupiających się na inicjatywach społecznych – wolnej kanapie u couchserfera, wspólnym przejeździe z Blablacarem czy wynajęciu mieszkania przez Airbnb. Flashpacker umieści też kilka zdjęć na swoim instagramowym koncie, napisze kilka słów na Twitterze, kilkadziesiąt na Facebooku i kilka tysięcy na blogu. Kto wie, być może pisze też książkę o swoich podróżach. Flashpacking ma cudowny wymiar społeczny, którego nie miał backpacking – podróżujący staje się promotorem regionu i autorem przewodnika. Dzięki temu kolejny flashpacker jest ostrzeżony przed wszystkimi niebezpieczeństwami, jakie czyhają na niego pod łóżkiem czy na talerzu.

Co więcej, odwiedzane miejsca działają na flashpackera kreatywnie. Czasem jest to tylko byle jakie zdjęcie na Instagramie, ale kiedy indziej tworzy arcydzieło. Dzieląc się nim ze światem szybko otrzymuje zachętę do dalszego działania. Słynne słowa, że podróże inspirują, zostały przeniesione na kolejny poziom.

— 

Czy jestem flashpackerką? Oczywiście! Przez większość czasu. Owszem, czasem zaszyję się na weekend odcięta od świata, a jedynym ekranem będzie tafla wody w parku narodowym. Ale większość dni jestem w pobliżu komputera. Codziennie co najmniej kilka godzin pracuję, pytam w restauracjach czy mają wifi, dzielę się z wami opowieściami z drogi i wrzucam zdjęcia „na żywo”. I uwielbiam to! Dzięki temu mogę podróżować 100 dni w roku.

Tekst napisany we współpracy z Onet Dysk w Play. Podobał Ci się? Kolejne będą tylko lepsze! Zapraszam do dołączenia do czytelników bloga na Facebooku. Dzielimy się tam poradami, inspirujemy do podróży i pokazujemy super zdjęcia. Jest rewelacyjnie!

Exit mobile version