Zależna w podróży – blog podróżniczy z sensem

Maroko: jak wygląda wycieczka na pustynię

Maroko: wycieczka na pustynię

W czasie przygotowywania się do wyjazdu do Maroka wiedziałam jedno – numerem jeden wyjazdu, najważniejszym punktem i w ogóle powodem, dla którego tam jadę, jest wycieczka na pustynię i spędzenie na niej nocy.

Niestety, pomimo że trąbię na blogu na prawo i lewo, że podróż sprawia mi przyjemność tylko wtedy, gdy zostaję na dłużej w jednym miejscu, że dwutygodniowy wyjazd powinien obejmować przestrzeń o promieniu co najwyżej 100 km i że wolne podróżowanie, slow travel i dokładne poznanie miejsca, to to co naprawdę się liczy, to ciągle robię ten sam błąd. Pojechałam do Maroka na 12 dni. Fajnie. Tylko że w tym czasie chciałam zobaczyć większość kraju. Do bani.

Po szybkim przeleceniu Fezu, Meknesu, Rabatu, Casablanki i Marakeszu na pustynię zostały mi 4 dni. A przecież trzeba było na nią dojechać, a to z Fezu 500 km, z Marakeszu prawie 600. I to nie jakiejś tam autostrady. Po drodze przejeżdża się przez góry Atlas i wjeżdża na wysokość ponad 2000 m. Do tego mija się inne wspaniałości: pustynne kazby, wspaniałe formacje skalne. Zwykłe przejechanie obok byłoby grzechem.

Można było wynająć kierowcę i sobie przez 4 dni z nim podróżować. Tak zrobił Łukasz z bloga lkedzierski.com. Pewnie jest to jedna z najlepszych opcji, bo taki kierowca i trochę po drodze pokaże i zaprowadzi do fajnych restauracji nie pod turystów. Ja myślałam o wynajęciu samochodu i jechaniu na własną rękę, ale co tu mówić – speniałam. Za mało jeżdżę autem w Polsce, by bez oporu jechać w Maroku. W końcu wybrałyśmy najpopularniejszą opcję – zorganizowaną wycieczkę z Marakeszu. Czy dobrze? Dobrze, bo pewnie większość z was, wybierających się do Maroka właśnie w taki sposób na pustynię pojedzie. No to u mnie znajdziecie dokładniejszy opis na czym ta wycieczka polega, bo zapewniam was – o takie wiadomości w Maroku trudno.

 Wybór biura podróży

Po pierwsze powinniście wiedzieć, że wybór firmy nie ma jakiegoś kolosalnego znaczenia. Trasa wycieczki będzie mniej więcej ta sama, cena podobna. To ile czasu spędzicie w jakim miejscu na trasie i jak wycieczka będzie wam się podobać zależy głównie od kierowcy i rola firmy polega na tym, by kierowca wybrany był dobrze. By opowiadał po drodze, wprowadzał przyjazną atmosferę i – przede wszystkim – by nie oszukiwał. W Marakeszu poznałam dziewczynę, która nie zobaczyła jednego z piękniejszych miejsc na trasie, bo kierowca wolał wcześniej zajechać do hotelu. Zupełnie bez sensu.

My wybrałyśmy firmę Sun Dunes Experience i byłyśmy zadowolone z organizacji. Firma organizuje też wycieczki spersonalizowane i to właśnie w nich ma ambicję się specjalizować. Cytując właściciela „teraz już nie liczy się ilość, a jakość”.

Ile kosztuje wycieczka na pustynię w Maroku?

Cena? Przerażająco różna. Zasada numer jeden: nie kupujcie wycieczki przez internet. Znajdziecie ceny nie przystosowane do marokańskiej rzeczywistości. Z kupnem poczekajcie do przyjazdu do Marakeszu i nie bójcie się, że wycieczki nie będzie. Dzień w dzień na pustynię rusza kilkanaście busów, w każdym busie jest kilkanaście miejsc. A wycieczkę można kupić właściwie w większości hotelach i pensjonatach w mieście i w biurach na najważniejszych ulicach. Wiem, że trudno w to uwierzyć, bo „co, jak nie znajdę?”, „co jeśli nie będzie miejsca?”. Znajdziesz. I miejsce będzie. Gwarantuję.

Jeśli naprawdę wolicie mieć ją wcześniej zaklepaną, bo np. do Marakeszu przyjeżdżacie o północy, to napiszcie właśnie do mojego biura podróży Sun Dunes Experience na Facebooku. Ale zaznaczcie cenę!

A jaka ta cena za trzydniową wycieczkę powinna być? 300 euro? 200? 150? Nie! Nie dajcie się wrobić i nie płaćcie za zorganizowaną dziesięcioosobową wycieczkę takich sum! Wycieczkę da się wytargować już za 60 euro, 70-75 euro to taka średnia cena. 90 euro to już dużo, sprzedawca was trochę wrobił. I nie zrażajcie się, że w biurze podróży powiedzą wam „150 euro”. To jest kraj targowania się. I nie tak trudno wytargujecie.

Oprócz trzydniowej wycieczki na pustynię w Merzoudze można wybrać się też na dwudniową do Zagory. Trudno mi o niej coś powiedzieć, bo od razu nie byłam zainteresowana. Słyszałam o niej zbyt dużo negatywnych opinii.

Program wycieczki na pustynię w Maroku

To była dla mnie największa niewiadoma. Niby wykupuję jakąś wycieczkę – powinnam wiedzieć, co w jej ramach zobaczę, prawda? Otóż jak się okazuje niekoniecznie tak jest. Frazy „wycieczka na pustynię” i „noc na pustyni” sprzedają się na tyle dobrze, że nie trzeba już jej reklamować pozostałymi atrakcjami. Ludzi nie obchodzi, gdzie będą spać, gdzie będą jeść i na jakie zakupy się ich zawiezie. A nawet jeśli obchodzi, to to nie jest priorytet. Wszak nie ma wyboru, skoro we wszystkich biurach wycieczki wyglądają tak samo, a co najmniej podobnie.

No to postawiłam sobie za cel napisanie wam, jak wygląda program wycieczki na pustynię z Marakeszu:

Odbierają was z waszego riadu lub hotelu, po czym jedziecie na zachód przez góry Atlas, gdzie w najwyższym punkcie zatrzymujecie się na sesję zdjęciową. Jest przepięknie! I wy wiecie, że już tu moglibyście zostać na długo dłużej.

Ale po pięciu minutach trzeba jechać dalej, do Ait Ben Haddou – słynnego ksaru (czym jest ksar zobaczycie tutaj) z listy UNESCO, znanego z kręcenia tu wielu hollywoodzkich filmów, między innymi „Gladiatora”. Tu idziemy z przewodnikiem do miasta-muzeum (dodatkowa opłata) i mamy obiad.

Po Ait Ben Haddou kierujemy się do oddalonego tylko o parę kilometrów stąd miasta Warzazat (Ouarzazate), zwanego filmową stolicą Maroka, a także bramą na pustynię. Tu dostajemy 20 minut i kierowca sugeruje byśmy albo poszli do muzeum filmu, albo do znajdującej się tu kazby.

Powiedział też coś dziwnego, mianowicie „kazby nie polecam, bo to to samo, co widzieliście w Ait Ben Haddou”. Otóż moi drodzy, ja się uparłam i jako jedyna z grupy poszłam. I bzdura! Ta kazba, a przynajmniej jej udostępniona do zwiedzania część, jest zupełnie inna od Ait Ben Haddou. Tam zwiedzaliście ksar, a więc większy kompleks-twierdzę. Tutaj z kolei wchodzicie tylko do jednej kazby i błądzicie jej korytarzami. A jest jak błądzić! Kazba w środku jest pusta, ale przez to „dziwna”. Jeśli zdecydujecie się na przyjazd tutaj samemu, to nawet polecam wynajęcie przewodnika. Samemu mało co się zrozumie.

Po Warzazacie czeka nas bardzo, bardzo, bardzo długa podróż w głąb kraju. Mijamy kolejne kazby i małe miasteczka jakby, ulepione z gliny. Prawdopodobnie staniemy gdzieś na błyskawiczną przerwę na kawę, ale do wieczora to tyle. Trochę się pewnie wynudzicie, trochę poznacie swoich współtowarzyszy podróży, a trochę ponarzekacie, że trzeba było siedzieć w Marakeszu. Ale spokojnie – jeszcze tylko trochę i zobaczycie jeden z najwspanialszych cudów natury, jakie dane mi było podziwiać.

Kanion Dades – znakomite formacje skalne, poukładane na powierzchni ziemi niczym ponętne kobiece kształty, ciągną się pod naszymi stopami. Nasz bus zatrzymuje się przy nich w sam raz na zachód słońca. Mamy okazję przez kilkanaście minut cieszyć się tym olśniewającym widokiem. Kanion Dades to zdecydowanie miejsce, do którego chciałabym wrócić i pobyć w nim kilka dni. Niestety w ramach wycieczki nawet krótki treking nie został przewidziany i z jakiegoś nieznanego mi powodu, po chwili cykania jedziemy do hotelu, gdzie mamy do kolacji kolejną godzinę. Dlaczego nie mogliśmy tej godziny spożytkować w kanionie? Nie wiem. Wiem, że kanion Dades cierpi z powodu popularności wycieczek na pustynię – mógłby być główną atrakcją, znaną na całym świecie, a jest tylko półgodzinnym przystankiem w drodze do Merzougi.

Ale pewnie nie powinnam narzekać. Chińska koleżanka mówiła że oni przyjechali do kanionu już jak było ciemno i nie widzieli dosłownie NIC. Dlaczego tak? Według jej słów kierowca dał im za dużo czasu w czasie lunchu. Widać byłam szczęściarą.

Na noc zatrzymaliśmy się w dość podłym hotelu w tutejszej wiosce, choć nie twierdzę, że nie najlepszym w okolicy – być może lepszych tu nie ma. W nocy było przerażająco zimno – to w końcu dość wysokie góry. Bądźcie na to przygotowani! Ja się nie rozstawałam ze śpiworem.

Kanion Todra i obiady w czasie wycieczki

Drugi dzień rozpoczęliśmy dość sprawnie – zaledwie po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się w miasteczku w dolinie różanej. W tej okolicy produkowane są słynne olejki różane, nie dane nam było jednak zobaczyć pól kwiatów, które gdzieś tam w głowie sobie wyobrażałam. Zamiast tego na miejscu, w miejscowości Tamtatouchte, przywitał nas przewodnik i przeprowadził po ogródkach (dosłownie!) tutejszych domów, co miało nam pokazać, jak żyją tutejsi mieszkańcy. Spacer zakończyliśmy w fabryce dywanów, gdzie właściciel opowiadał nam o kooperatywie tutejszych kobiet, które ręcznie tkają dywany, dzieląc się zyskiem po równo. Nie powiem, czerpałam z tej wizyty przyjemność. Oczywiście skończyło się na tym, że pokazywali nam kilkadziesiąt swoich towarów, z nadzieją, że coś kupimy (jakby co oferują transport do Polski), my jednak okazaliśmy się nie być podatną na zakupy grupą. Pojechaliśmy kilka kilometrów dalej – do kolejnego kanionu.

I dopiero tu się wkurzyłam, że jak idiotka spędziłam dwie godziny na spacerze po jakiejś totalnej dziurze i na siedzeniu w wytwórni dywanów, kiedy kilka kilometrów dalej jest kolejne cudo natury, kanion Todra – najwyższy w Maroku, a w nim np. przyjemna kawiarnia. Niestety ja mogłam swoje, ale kierowca, więc i nasz pilot i szef wycieczki, swoje. 5 minut na zdjęcia i jedziemy dalej. Spieszymy się bardzo, bo musimy zdążyć na pustynię.

Po drodze oczywiście lunch. Więc trochę o lunchach:

Posiłki spożywane są w przydrożnych restauracjach, oczywiście przygotowanych pod turystów, w których ceny są dwa lub trzy razy wyższe niż w restauracjach, które wynajdywałam sobie sama w Marakeszu czy w Fezie. Nie można było zostawić na godzinę grupę i iść do pobliskiej budki z jedzeniem ulicznym, bo takiej budki po prostu nie było. Restauracje były usytuowane na środku niczego i graniczyły z nimi jedynie sklepiki z pamiątkami. Wybór w nich też pozostawiał dużo do życzenia. Tadżin mógł być z kurczakiem, z wołowiną lub z warzywami – czasem może jeszcze z jajkiem. Najniższa jakość dla turystów, którzy i tak zapłacą.

Dla jasności – tak było zazwyczaj, ale nie zawsze – jedna restauracja się wyróżniała i miała naprawdę znakomitą jagnięcinę z suszonymi owocami. Nie powiem wam niestety gdzie, bo nie mam pojęcia (na nawigacji niestety nie zaznaczyłam). Gdzieś „na trasie” z widokiem na kazbę.

 

Noc na pustyni w Maroku

Dzięki Bogu dojechaliśmy do Merzougi. Pobyt tam sprawia, że wybaczyć można wiele – zdrady, kradzieże, ignorancję. Oto już z drogi w oddali widzę świecący piasek. I wiem, że lada moment będę po nim chodzić.

Nie jest tajemnicą, że pustynia to moja największa miłość. Czytaliście o Wadi Rum w Jordanii i o pustyniach izraelskich. Tu też, wystarczy że postawiłam stopy na piasku, że weszłam na wielbłąda, że wokół mnie tańcowały piaski, już byłam najszczęśliwszą osobą na ziemi. Ostrzegano mnie, że jedzenie w obozie na pustyni będzie niejadalne.

A gdzie tam. Było dużo smaczniejsze niż w hotelu dzień wcześniej. Poczekaliśmy na kilka innych busów i dużą grupą wyruszyliśmy w Erg Chebbi. Zaczęliśmy wycieczkę od godzinnego trekingu na wielbłądach – nie każdy jest fanem, ja akurat uwielbiam. Potem czekaliśmy na wydmach na zachód słońca, a następnie zeszliśmy do obozu, gdzie nam przydzielili namioty do spania i zaprosili na kolację – oczywiście tadżin z kurczakiem – zupełnie znośny i jadalny. Trochę herbaty, ale nie za wiele. Polecam zabrać ze sobą picie! Okazało się, że największa frajda ciągle przed nami – jak na dworze było już prawie zupełnie ciemno zaprosili nas na wycieczkę na najwyższą wydmę przy której położone jest obozowisko. Nie było to łatwe. Mama ledwo doszła, ja udawałam, że mam lepszą kondycję, niż rzeczywiście mam, a potem starałam się tak wyrównywać oddech, by nikt nie zwrócił uwagi, jakim to było wyzwaniem. Piaskowa góra pokazała nam, jak niedaleko jesteśmy od Merzougi. Potem nasi przewodnicy – aj dowcipnisie – zbiegli z wydmy sobie tylko znanymi ścieżkami, a my byliśmy skazani na zjazd na tyłku. Była zabawa 😉

Wieczór zakończyliśmy na fajce wodnej i rozmowach z tutejszymi, opierając się przy tym o wielbłąda. Mogłabym tak. Mogłabym tak dużo dłużej niż tylko jedną noc.

 

Kilka odpowiedzi na ważne pytania:

-na pustyni nigdy nie jest ciemno. Piasek idealnie odbija światło gwiazd, co utrudnia załatwianie potrzeb fizjologicznych, bo toalety w obozie oczywiście nie ma.

-mówi się, że w nocy na pustyni jest przeraźliwie zimno. Cóż, ciepło nie było. Ale cieplej niż dzień wcześniej w kanionie. Śpiwór i na to koc w zupełności wystarczył.

-czy tyłek na wielbłądach naprawdę tak boli? Mnie w ogóle. Ja na wielbłądzie czuję się znakomicie i mogłabym go zaadoptować. Ale są tacy, co tej jazdy nienawidzą. Jeśli więc nie jechaliście nigdy wcześniej, to godzinna wycieczka będzie dla was w sam raz. Będziecie wiedzieli czy jest to sposób podróżowania dla was.

 Powrót z pustyni do Marakeszu

Z łóżek wygonili nas przed piątą rano, o czym ktoś najwyraźniej zapomniał nam powiedzieć dzień wcześniej. Wielbłądy już czekały. Na nich popatrzyliśmy jednym obudzonym okiem na wschód słońca i wróciliśmy do bazy wypadowej. Tam czekały prysznic i proste śniadanie, i w drogę z powrotem do Marakeszu, do którego dojechaliśmy wieczorem. Po drodze przystanki na krótką kawę i obiad.

Najbardziej na wycieczce brakowało mi informacji. Domyślam się, że to kwestia kierowcy – nasz milczał jak zaklęty. Dojeżdżaliśmy do kolejnych atrakcji, mijaliśmy kolejne miasteczka i zgaduj zgadula co widzisz i czy to jest ważne. Dla większości wycieczki kanion Dades był olbrzymim zaskoczeniem, bo nawet nie zauważyli go w programie. Bez sensu, bo przecież program ma co najmniej pięć mocnych punktów. Miejsc, które każdy odwiedzający Maroko, powinien zobaczyć.

 Czy się opłacało jechać na trzydniową, zorganizowaną wycieczkę na pustynię?

Za 60 czy 70 euro tak. Wszak w cenie był dojazd (jakieś 1200 km), wielbłądy, dwa noclegi (w tym nocleg na pustyni), śniadania i kolacje + dwóch przewodników. Jakby pomyśleć – jest to szaleńczo tanio. Jeśli jednak jesteście nastawieni na przygodę życia, to poświęćcie na to albo więcej czasu i zróbcie tę trasę sami – wynajętym samochodem, albo więcej pieniędzy i zaprojektujcie wycieczkę wraz z organizatorem razem. Poproście o lepszy hotel, zróbcie treking lub offroad w kanionie Dades, poświęćcie więcej czasu na kazby i być może zdecydujcie się na dłuższą wycieczkę na wielbłądach przez pustynię. Albo na sandboarding! Aj, muszę tam wrócić na sandboarding.

Informacje praktyczne i dalsza lektura

Czytaj teraz: Tak pustynię Eig Chabbi, jak i kaniony Dades i Todra umieściłam na liście 9 miejsc w Maroku, do których chciałabym wrócić. Przeczytajcie też o innym pokochanym przeze mnie miejscu w tym kraju – o kazbie Al-Udaja w Rabacie. A najpraktyczniejszy marokański tekst to ten napisany przez innych blogerów podróżniczych.

Ceny w Maroku: listę marokańskich cen znajdziecie tutaj.

Wycieczkę odbyłam dzięki firmie Sun Dunes Experience, u których bezpośrednio możecie rezerwować wycieczki – tak grupowe, jak i indywidualne. Wycieczki innych firm z Marakeszu – tak te prywatne, jak i dla wielu osób – znajdziecie tutaj.

Merzouga jest nawet bliżej Fezu niż Marakeszu. Świetnym pomysłem jest rozpoczęcie wycieczki w Fezie, a zakończenie jej w Marakeszu. Wycieczki z Fezu znajdziecie tutaj.

Wybierasz się do Maroka? Zajrzyj na inne teksty dotyczące tego kraju. Kilka ich już jest. A jeśli chcesz śledzić teksty na blogu na bieżąco, to dołącz do czytelników bloga na Facebooku. Tam jeszcze więcej inspiracji i ciekawostek ze świata.

Exit mobile version